O. Wpisujac tytul nie spodziewalem sie, ze jeszcze takiego nie bylo. Widac w poprzednich latach bylem bardziej kreatywny.
A dzisiaj mi sie nie chce.
Na szczescie nie ma duzo do pisania, bo tez sie nie chce. Weekendowe lenistwo. Musimy sie w koncu z tego marazmu wyrwac, bo ktorys weekend z rzedu praktycznie przelezany razem z zamawianiem jedzenia. I ani to zdrowe, ani to tanie. Udalo nam sie tylko do kosciola wybrac, bezbozniki jedne, pierwszy raz w tym roku.
Nie udalo sie natomiast wybrac na piatkowa impreze do Granda. Zona po calym dniu pracy i paru kieliszkach odpadla w przedbiegach. Zdazyla sie tylko wyszykowac i napic. Zaluje, bo to miala byc impreza w stylu lat 80-tych, wiec muzyki sie spodziewalem dobrej.
W srode wypadly Walentynki. Pierwszy raz od niepamietnych czasow zdecydowalismy sie spedzic je w domu. Z wlasnorecznie przygotowana kolacja, a pozniej filmem w lozku. Jedno i drugie dosc pikatne, ale nie narzekalismy. (dla potomnosci, jak to sie jadlo: zapiekany camembert, dorsz w panczetcie z soczewica i pana kota na deser)
Pracowo dosc standardowo w zasadzie. Gosia narzeka, bo jej szefu w domu siedzial z “angina” – a jak on w domu to cisza musi byc i najlepiej jakby dzieciaki, ktore mialy ferie byly poza domem. A u mnie w biurze we wtorek pojawila sie nowa pracownica, Paulina z Polski na stanowisku Account Managera. I zakonczyla kariere na wlasna prosbe w piatek kolo poludnia. Chyba pobila rekord.
Okazalo sie tez, ze kiedy juz zadecydowalismy o powrocie, to znajomi i rodzina obudzili sie z reka w nocniku. Nie bedzie Szewczykow w Londynie, nie bedzie u kogo sie przespac, albo chociaz poprosic o przewodnictwo. I nagle rodzice zaczeli dostawac telefony w stylu: “A nie chcielibyscie sie z nami wybrac do tych Waszych dzieci w Londynie?”. A tu psikus, bo rodzice juz za miesiac z kawalkiem u nas beda. Ciekawe co bedzie dalej?