Ha, tym razem pamietalem, ze musze napisac dziennik i nawet sie przygotowalem. Po raz pierwszy chyba w samolocie. Ale wiedzialem, ze w domu zjawimy sie na tyle pozno, ze na pewno nie bedzie mi sie nic chcialo.
Tydzien… Full inclusive. Prazenie na plazy codziennie, trzy posilki dziennie codziennie i tyle alkoholu ile sie w czlowieku zmiesci. Dobrze ze tylko tydzien, bo po dwoch to watroba by wysiadla. Doszlismy tez do wniosku, ze i lenistwa tydzien to zbyt duzo. Jesli dluzsze wakacje to tylko z dodatkowymi aktywnosciami, a nie lezenie plackiem na plazy.
Hotel bardzo fajny, wielka wanna w lazience, taras z widokiem na ocean… Sama Fuerteventura nas troche zaskoczyla krajobrazem. Ot pustynia z bardzo nieliczna zielenia. No ale nie przyjechalismy tam dla wyspy. Codziennie prawie zamiast nad basenami hotelowymi goscilismy na plazy oceanicznej. Bo Gosia opalala cycki. I wyszlo jej to wspaniale i super bylo sobie popatrzec na te polkule skapane w sloncu. Zeby tylko woda taka slona nie byla.
Gosia zaczela tez jesc ryby i pomidory. Chyba to slonce jej zaszkodzilo. Albo alkohol, bo pomidory chwalila tylko pijana. Ja jak zwykle jadlem wszystko. Oboje boimy sie troche co nam pokaze waga jutro rano…
Oczywiscie nie obylo sie tez bez spiec na tle ubiorowym. W moich myslach wyjazd urodzinowy na sloneczne wakacje wiazal sie z calkowitym brakiem stanikow. Gosia szybko to zrewidowala, bo codziennie gdzies ten stanik wcisnela… I nic zupelnie sobie nie robila ze mnie.
Dzisiaj juz powrot do zimnego Londynu razem z 30 latkami na karku. Dziwnie tak, ale jakos zupelnie tego nie czuje. Wspominalem tylko Gosi, ze mentalnie zatrzymalem sie chyba kolo 25 i wiecej mnie nie rusza. Ciekaweckiedy tylko nastapi mentalne zatrzymanie sie na kolejnym progu? Oby jak najpozniej!