Lo matko, bilety…

W ciagu tygodnia chyba nic ciekawego, w czwartek tylko poszlismy do przychodni zalatwic dostep online do rejestracji. Oprocz tego standardowo, praca, jakies kino, jakies cwiczenia. Normalka.

Odrobinke wiecej dzialo sie w weekend, w sobote w ramach dalszego ukulturawiania sie odwiedzilismy National Gallery. Pelno pieknych obrazow i fajnie tak na zywo zobaczyc obrazy Van Gogha, Moneta, Maneta i calej reszty zgrai.

Niedziela natomiast zostala spedzona pod znakiem wydawania ogromnej ilosci pieniedzy. Jako, ze nie doczekalem sie zadnej odpowiedzi od Filipa w sprawie kawalerskiego Milosza uznalem, ze nie ma co czekac i kupilem bilety tylko na wesela. Po czym kupilem bilety na powrot. Po czym kupilem bilety znowu do Polski i znowu na powrot. Te pozostale to ze wzgledu na Gosie, ktora zabiera Damiana na 2 tygodnie tutaj i odwozi go z powrotem i pozniej wraca. Dobrze chociaz, ze mnie nie ciagnie w to odwozenie…

Jutro juz tylko bede musial poprosic o urlopy i je dostac.