Znowu cały miesiąc bez wpisów i weź tu ujmij to jakoś składnie, żeby żona się później nie przyczepiła, że nikt tego nie zrozumie…
Marysia od zeszłego miesiąca co tydzień grzecznie chodzi na zajęcia taneczne. Grupa już jest trochę większa jak na otwartych zajęciach (co mnie trochę dziwi, kiedy otwarte były darmowe). Mała zadowolona, więc kontynuujemy.
Gosia imprezy urodzinowej nie chciała, Ola też nie, więc dziewczyny uzgodniły tylko wspólne rodzinne spotkanie z tortem. Ale wybraliśmy się z Gosią i Marysią do Warszawy na weekend uczcić urodziny, Dzień Kobiet i pierwszy ciepły weekend wiosny. I przy okazji spotkaliśmy się z Kubą i Filipem, pograliśmy w planszówki, zjedliśmy na mieście, odwiedziliśmy zoo i “muzeum” iluzji.
Próbowaliśmy też poświetować urodziny saunując z Martyną i Karolem, ale niestety w ostatniej chwili wysypała im się opieka do dzieci i saunowanie odpadło. Dopiero dzisiaj udało nam się spotkać kiedy już całą rodzinką wpadli do nas na obiad.
Zmusili mnie, żebym w końcu poszedł do alergologa. Wyszło to, co wiedziałem bez sprawdzania – alergii nie mam. Ale dostałem zalecenia na jakieś dalsze działa i możliwą diagnozę na chorobę której nazwy nie pamiętam… zaczynała się na “chroniczny” a kończyła pięcioma słowami na N.
Mama odłożyła kule i chociaż jeszcze narzeka czasami na ból kolana to rusza się już znacznie sprawniej. Teraz tylko czeka na rehabilitację na lato.
Ruszyło się pracowo. Ja po raz kolejny próbuję troszkę podreperować budżet budowlany i udało się się dostać projekt wieczorowy. W gorszej stawce, ale i rynek niestety podupadł. Gosia zresztą też, w czasie kiedy Marysia idzie do przedszkola, Gosia zajmuje się Wojtkiem – małym synkiem Marcina i Natalii. Ma trochę stresu, bo dzieciak dopiero osiem miesięcy i wymaga stałej opieki. O tyle dobrze, że jeszcze sporo śpi ;)