Tym razem już 2 miesiące. Grzyby już zdążyły zostać wykorzystane na pierogi i zupę, święta zleciały i już tylko kilka dni zostało do Sylwestra. Oj, działo się sporo przez te ostatnie miesiące.
Marysia dalej ładnie chodzi do przedszkola i nawet niewiele choruje, szczególnie jeśli porównać z niektórymi koleżankami. Zdarzają się jakieś infekcje, z katarem chodzi prawie na okrągło, ale odpukać – nic poważniejszego. Ma za sobą też pierwsze sukcesy – wygrała konkurs plastyczny pod tytułem “Mój przyjaciel miś” (i to nie tak, że mama wygrała!), na święta pięknie się zaprezentowała na występie jasełkowym, przedszkole nauczyło ją skikać. A my tylko dumni. Na jasełkach nie prezentowały się zresztą tylko dzieci, z jakiegoś powodu do pracy zaprzęgnęli też rodziców i my sami wystawiliśmy szopkę. Nawet ja się mogłem zaangażować, bo gdzieś przy okazji zarobiłem późniejszy start w pracy, więc mogłem rano pojechać z dziewczynami, obejrzeć Marysię i samemu wystąpić.
W końcu udało mi się namówić żonę na jakieś wyjście we dwoje. Trochę mi to zajęło, ale korzystając z urodzin urwaliśmy się wcześniej i pojechaliśmy do Suwałk do knajpy na kolację, a później do kina na film. I fajnie było się wyrwać chociaż na kilka godzin, nie tylko przy okazji załatwiania sprawunków, ale po prostu się pocieszyć sobą.
Gosia zdiagnozowała w końcu swoje bóle głowy które od jakiegoś czasu ją męczyły i wyszły problemy z ciśnieniem. Dostała jedną malutką tabletkę dziennie która sprawia cuda. Tylko już przyjmować trzeba na stałe. Ale oprócz tego poprawiła też dietę. Przy okazji kolejnych wizyt w Białystoku i starania się o rodzeństwo dla Marysi, jeden z lekarzy zalecił ograniczenie kawy. Gosia z pewnymi oporami, ale przetrwała i nawet kiedy zalecenie przestało już obowiązywać, to piję jedną kawkę dziennie – resztę oszukuje tylko kawami zbożowymi.
Jesteśmy też wstępnie pozytywnie nastawieni jeśli chodzi o zakończenie starań. To miała być już ostatnia próba. Ostatnia próbka materiału, jeden pęcherzyk od Gosi. Już myśleliśmy, że to koniec, a zarodek się wziął, rozwinął, przeszedł transfer i wygląda na to, że nawet zagnieździł. Zaraz w nowym roku jedziemy na ostatnią wizytę w celu potwierdzenia. Straszno.
Rzuciliśmy się z tatą na saunę, żeby jeszcze w tym sezonie “zimowym” (bo zimy to były może 3 dni do tej pory) ją odpalić. Udało się częściowo. Można korzystać, brakuje jeszcze tylko paru elementów wykończenia do stuprocentowego zakończenia prac. No i muszę zdiagnozować i naprawić problem ze sterownikiem… Ale rodzice saunę już zainaugurowali i pierwszy seans został odbyty.
My się nie załapaliśmy, bo w tym samym czasie imprezowaliśmy na tradycyjnie już corocznej imprezie Mikołajkowej u Mateusza i Pauliny. Jak co roku w tym samym gronie, Kawałków, Żebrowskich i podwójnych Szewczyków.
Święta w tym roku jak nigdy nie u nas. Na Wigilię poszliśmy do Miłoszów, co zresztą okazało się zbawieniem, bo w zasadzie wszystkich rozkładała jelitówka więc dom nie został przygotowany w normalnym standardzie. Pierogów wyszło nam 202. Nie wiemy dlaczego, niby taka sama ilość mąki, niby taka sama grubość i średnica, a pierogów o 50 sztuk więcej. Ale tata najbardziej zadowolony :D