Ciemno, ponuro, chmurnie. Aż się wszystkiego odechciewa. Już od dobrych kilku tygodni codziennie jakieś deszcze (albo poranne śnieżenie). Dopier dzisiaj pojawiło się trochę słoneczka, więc natychmiast z tego skorzystaliśmy i wybraliśmy się na wspólny spacer. Mam nadzieję, że to zwiastun trochę większej ilości słonecznych dni, bo zaczynam rozumieć te norweskie zwolnienia lekarskie na urlop w słonecznych krajach…
Marysia nam rośnie, nadszedł też czas na kolejne szczepienia – kosztujące majątek, ale weź i oszczędzaj na rodzinie. Mała już powoli zaczyna sama chodzić, chociaż bardzo niepewnie. Aczkolwiek jak się zapomni i zainteresuje czymś innym to zapomina o strachu i całkiem długie dystanse pokonuje już samodzielnie. Tak jak nam zaprezentowała na kolejnych dziecięcych urodzinach – wyprawiała Ewa (siostra Wiolki) z Kamilem dla swojego średniego (?) syna.
Z tatą weekendy dalej ćwiczymy na budowach i powolutku posuwamy się do przodu – zakończyliśmy równanie całej części nocnej, łazienki gości, pralni i korytarza w przygotowaniu pod styropian, kupiliśmy drewno na konstrukcję sauny, tata gładzi ściany w saunie i planujemy kolejne posunięcia.