Niestety pełny komplet choróbsk różnych się do nas przypałętał. Ledwo zdążyliśmy wyleczyć RSV na tyle, żeby święta jakoś przeżyć, to zaraz po świętach z podejrzeniem zapalenia płuc wzięli do szpitala Marysię (no i Gosię z automatu też). Nie byłoby bardzo źle, ale z powodu warunków Gosia już po 3 dniach przestawała dawać radę – na szczęście wyniki małej się poprawiły i puścili je do domu. Ale w ciągu tych trzech dni zdążył nam Nowy Rok się zjawić…
A do tego ledwo dziewczyny wróciły do domu to jeszcze tego samego wieczora gorączka rozłożyła obydwie, następnego dnia dopadła i mnie… Po szybkim teście wyszła grypa, na którą dzień do dniu zachorowaliśmy wszyscy. I tak nam minął pierwszy tydzień roku, gorączka, kaszel, katar i ogólnie zdychanie…
I niestety apropo zdychania, w drugi dzień świąt stracilismy Bezę. Psies się już niestety mocno posunął w latach i po dniu kręcenia się, wziął i zakręcił w siatkę na boisku… I trzeba było pochować… Został się nam teraz jeden Karmel, ale na razie nie planujemy kolejnego psiska.
Na szczęście parę dni później już szczęśliwsza wiadomość – Laura przeczekała grzecznie do Nowego roku i urodziła się 7 stycznia w sobotę. Jeszcze jej nie widzieliśmy, ale po wyzdrowieniu na pewno odwiedzimy całą ełcką czwórkę.