Jak zapowiedziane w zeszłym wpisie, zaraz w poniedziałek pojechaliśmy na kolejne kłucie Marysi. Kolejny płacz, ale na szczęście tym razem wyniki wyszły. I wyszła niewielka anemia, więc przez kilka tygodni suplementujemy żelazo i badania do powtórki.
Autowo się działo. Odebraliśmy Toyotę, która później dobry tydzień przestała pod domem z powodu aury pogodowej. Zima zaczęła się mocna, a opony zimowe dopiero kupione. Dlatego dopiero od ostatniego weekendu mogliśmy mniej więcej bezpiecznie sobie pojeździć. Mniej przyjemne nowiny z Carensem. Znowu uszkodzony – tym razem przez mamę która przy zmiane pasa w Ełku wjechała z jakiegoś faceta. Uszkodzenia mniejsze niż ostatnia przygoda taty z barierką, ale za to na dwóch samochodach. I kolejna naprawa czeka.
Na Mikołajki Gosia po raz pierwszy (ale na pewno nie ostatni) zabrała Marysię na wioskowego Mikołaja. Jeszcze nie widać było wielkiej radości na twarzy, ale to też na pewno się jeszcze zmieni.
Gosia wróciła do dbania o figurę po ciąży. We wtorki w Juchach zorganizowany został pilates, więc dzielimy się z dziadkiem obowiązkami opiekowania się Marysią, a Gosia dzielnie ćwiczy.
Udało nam się też spotkać z Martyną i Karolem w niewielkim okienku kiedy dzieci były zdrowe (albo chociaż nie całkiem chore). Nietypowo dość, bo chociaż spotkalismy się u nich, to jednak my zapewnialiśmy całą wyżerkę – a wzięliśmy ze sobą całego racletta z oporządzeniem. Jak zawsze bardzo przyjemnie i nawet mogłem coś tam wypić przy meczyku – Polska wyszła z grupy na mistrzostwach świata w nodze i akurat przegrywała 1/8 finału. Nic nowego.