Albo jakoś niewiele się działo przez ostatnie dwa tygodnie, albo człowiek skleroza i nawet pamięć zewnętrzna nie pomaga.
Bo nie działo się w zasadzie nic. Praca, praca od rana do wieczora łącznie z weekendami. Gosia z Marysią tak samo – albo i dłużej, bo i w nocy. Na szczęście efekty pracy są, wypłata jest, a i na budowach coraz lepiej to wygląda.
W zeszły piątek zapomnieliśmy dopilnować, żeby rodzice się wybrali na koncert zafundowany z okazji imienin taty. No i się nie wybrali i tylko na następny dzień dostałem prośbę o recenzję wydarzenia… Jakby kurde nie mogli też przypomnienia o wydarzeniu PRZED wysłać…
Karmel jakieś niewielkie problemy z uchem ma, byliśmy u weterynarza i dostał do zakraplania jakieś leki. Na kontroli sprawdzimy, czy wszystko dobrze, a przy okazji też zrobimy kontrole krwi – żeby sprawdzić, czy wszystko z psiskiem dobrze, bo dalej żre beton jak głupi.
Wczoraj wieczorem wpadł do nas Kuba na planszów, aczkolwiek skończyliśmy wieczór na kompromitowaniu się poziomem wiedzy w iKnow. A dzisiaj – po krótkiej pracy – wybraliśmy się do niego, żeby pierwszy raz obejrzeć żaglówkę którą kupił. No i nie mogłem przepuścic okazji krótkiego przepłynięcia się po jeziorze. Przyjemnie było bardzo i czasami taki dzień bez pracy jest potrzebny…