Rośniemy

Oj czuję się już Marysię na rękach po dłuższym czasie. We wtorek Gosia zabrała na na spóźnione szczepienie i udało się ją zważyć. Prawie osiem i pół kilogramów szczęścia. Nasz pulpecik :)

Zapomnieliśmy wspomnieć w poprzednim tygodniu, ale trochę spanikowaliśmy z sytuacją na świecie i pojechaliśmy do Ełku wyrobić paszport Marysi. Nie byliśmy jedyni, bo normalnie kolejki na wielogodzinne czekanie – ale jakoś psim swędem odwiedziliśmy urząd przed zamknięciem i się okazało, że z jakiegoś powodu akurat tego dnia kolejki nie było. I w zasadzie bez problemu zrobilismy zdjęcia i złożyliśmy wniosek.

Kolejny tydzień “sami” w domu – babcia dalej wypoczywa w sanatoriu. Po kilku pierwszych cięższych dniach się zaaklimatyzowała chyba i przedłużyła o tydzień minimalny pobyt. Jakoś sobie radzimy – na przykład dzisiaj zamiast gotować wybraliśmy się do knajpy :D. To była też pierwsza wizyta Marysi w takim przybytku i zachowywała się całkiem ładnie. Zjadła, zesrała, pokrzyczała :D

Pogoda wiosenna, budowy się posuwają. Razem z tatą przygotowaliśmy kotłownię do zalania posadzki, a ja w międzyczasie przygotowuję otwory okienne w domu. A na rozbudowie na parę dni zjawili się chłopaki i przykleili styropian. Ciepełko już nie ucieka – chociaż aktualnie w ciągu dnia to cieplej na zewnątrz się zrobiło.