Kolejny duży etap budowy zakończony – nareszcie mamy okna. Jeśli dobrze liczę, to koło miesiąca opóźnienia, ale od razu w budynku cieplej. Mamy też już prawie całą wieźbę na domu, a z powodu niezbyt sprzyjającej pogody mamy też ścianki działowe w części dziennej. I nareszcie dokładnie widać, co tam będziemy mieli.
Marysia dalej rośnie, niestety ostatnio miała zaczerwienioną skórę na którą nie pomagały zwykłe maście. Gosia już zaczęła panikować, ale na szczęście specjalna maść przepisana przez zwykłego doktora zadziałała idealnie i znowu skóra śliczna. Oprócz tego nadrabianie zaległości kwarantannowych, bo i szczepienie zaległe trzeba było odbębnić i sprawdzenie bioder. Wszystko dobrze. A dzisiaj z racji aury pogodowej i napadania sporej ilości śniegu – pierwsze sanki. Na razie na kolanach mamusi. Marysię po raz pierwszy odwiedziła też koleżanka, bo w zeszły wtorek wpadła Letycja z mamą na plotki.
Z innych wieści, to już datowo. W poniedziałek odwiedził nas ksiądz na kolędzie. Kobiety same go przyjęły, tata w biurze, a ja w pracy. Dobrze, że mama zdążyła ze spa wrócić. I jeszcze nam się rodzina powiększyła, bo Magda urodziła zdrową Maję.
W zeszły weekend popracowaliśmy z tatą przy budowie ścianek i wygląda na to, że znowu się dorobiłem jakiegoś kataru. Poniedziałek i wtorek z gorączką, na szczęście po paru dniach przeszło i nawet katar nie męczył mnie cały tydzień. Tata był zdrowy aż do czwartu i wzięło go na ten weekend. I taka to nasza robota.
Na szczęście jeszcze przed chorobą udało nam się zaliczyć aktywności niedzielne. Najpierw wizyta w Suwałkach zakończona kupnem kozy do sauny, a później wprosiliśmy się na obiad u Miłoszów i zostaliśmy na planszówkach.
Przeżyliśmy też z sukcesem pierwszy dzień babci i dziadka. Prezenty zakupione i przekazane (z niewielkimi tylko pomyłkami) i chyba nawet się spodobały.