Na początek do zeszłego wpisu. Wspomniałem w tytule o psiej chorobie, ale już nie wspomniałem nic w samym wpisie. Psies był chory żołądkowo i musiał jechać do lekarza. Dostał leki i po paru dniach się mu polepszyło. Ale pierwsze noce były gorsze niż z małym dzieckiem. Nie dość, że trzeba wstać co godzinę, to jeszcze wyprowadzić psiesa na dwór.
Wpis tym razem aż z trzech tygodni i nie cała przerwa jest spowodowana moim lenistwem. Niestety, ale dziennik miał awarię certyfikatu i żeby ją naprawić musiałem zresetować cały serwer. Na szczęście cała baza zachowana, więc nie straciliśmy niczego.
A teraz do relacjonowania wydarzeń:
Pierwszy tydzień Wielkanocny. Przez jakiś czas miał być spędzony tylko z naszą czwórką, bo Miłosze mieli zagrożenie covidowe, ale udało im się negatywnie posprawdzać przed świętami i przyjechali. Ale nawet mama trochę narzekała, bo przyjechali na gotowe, w zasadzie nie pomagali i w domu byli tylko na obiadki i na spanie.

To były już drugie święta cowidowe, ale w tym roku wróciliśmy do wioskowego święcenia jaj. Jedyne odstępstwo od tradycji to, że odbywało się na świeżym powietrzu. Na święceniu byłem sam, bo Gosia spędziła całą sobotę u taty pomagając w szykowaniu, żeby pierwsze święta bez mamy były jak najbardziej normalne.
W niedzielę samo śniadanie spędziliśmy w domu, a na wieczór poszliśmy do teścia. Niestety, siedzieliśmy w nawet bardziej zmniejszonym składzie rodzinnym, bo Krzysiek z Brygidą się zbiesili, obrazili nie wiadomo na co i nie przyjechali na święta… A Robert przy perspektywie płacenia majątku w karach za wylot z UK, też nie mógł przylecieć.
W weekend po świętach wybraliśmy się do Gdańska naoddychać się jodem, odwiedzić Wiolkę i pokazać Damianowi morze po raz pierwszy. I przy okazji obejrzeliśmy kolejne mieszkanie Wiolki, jakoś tak wychodzi, że za każdym razem jak do nich przyjeżdżamy, to mieszkają gdzieś indziej. Trafilismy na pogodę idealną, w zasadzie pierwszy tak ciepły weekend tego roku, że mogliśmy poleżeć na słoneczku na plaży po zbieraniu bursztynów.

A już w tym tygodniu. W środę z powodu wymiany transformatora Liskowego zabrali nam prąd na cały dzień. Wyłączyli równo o 8, ale włączyli nie o 18, tak jak zapowiadali, ale dopiero o 2 w nocy. Niemiło… Ja spędziłem dzień pracując w Ełku, rodzice pojechali do Warszawy (rehabilitacja stopy mamy) i tylko Gosia została w ciemnym domu razem z piesem.
W piątek tata zaszczepił się pierwszą dawką Astry Zeneki – czyli już oboje są zaszczepieni. To dobrze, bo jakąś odporność nabywają. Wieczorem spędziliśmy czas z Elą Ż. świętując jej urodziny, a dzisiaj mama z Gosią poleciały jej pomagać, bo pochlastała się przy ostrzeniu noża i musieli jej założyć cztery szwy.
W sobotę w starym Liskowym składzie zrobiliśmy sobie grilla u Mateusza z okazji urodzin Pauliny. Emila z Michałem, Miłosz z Olą, Mateusz z Pauliną i ja z Gosią. Tylko dzieci więcej ;)

Robotnicy pooowoli zaczęli robić dach, bo dachówki stoją i czekają. Dodatkowo razem z tatą wybraliśmy wodę z basenu i powoli go osypujemy – więc jakieś prace się toczą. Budowa domu na razie stoi, bo kiedy geodeci przyszli go tyczyć, to się okazało, że stałby w złym miejscu. A przesunięcie go niestety wymaga trochę zachodu.
Dostaliśmy też wstępną akceptację kredytu hipotecznego. Trochę drogie raty, ale obyśmy tylko go dostali…
Uf. Postaram się następne wpisy już dawać w regularnych odstępach…