Polski urlop

Zacznę od ważnej dość wiadomości – dzisiaj rano Martyna urodziła zdrowego Oskara. Z tego co wiem, to wszystko dobrze, a Gosia się już szykuje do bycia chrzestną.

Początek tygodnia zaczął się od szukania Pcimci na kolację. I znalezienia jej wklinowanej w wykopie fundamentowym… Ja już udało się ją wygrzebać okazało sie, że nie staje na jednej z łap, więc awaryjne pojechaliśmy do weterynarza. Okazało się, że na szczęście nic jej nie jest i po powrocie do domu zaczęła znowu krążyć. Gosia tylko wczoraj popracowała trochę nad jej łapami, bo filcu nazbierało się ogromna masa.

W środę wieczorem wyprawa do Warszawy do kliniki na konsultacje i ciągnięcie długiej procedury. Wróciliśmy z zastrzykami i pełnym bagażnikiem zakupów w przygotowaniu na kolejny lockdown koronawirusowy. Ale mamy nadzieję, ze jednak uda się to ominąć, bo pewnie przeszkodzi to nam w in vitro.

Jako, że mama dalej leni się w łóżku po operacji na noc i dzień zostawiliśmy psa u pani Eli. Grzeczny Karmel nie dał się zbytnio we znaki, więc mamy nadzieję, że będzie można jeszcze pokorzystać z tej mozliwości.

Wczoraj wieczorem umówiliśmy się z Kubą i Patrycją na mini-parapetówkę w Ełku. Bardziej to oczywiście planszówki, picie i gadanie – ale i tak było bardzo przyjemnie.

A ja, zgodnie z tytułem zrobiłem sobie polski urlop. Co prawda nie remontowy, a budowlany, ale jednak. Plan był ambitny, z perspektywy tygodnia niestety nam nie wyszedł. Ale i i tak zrobilismy dużo. W poniedziałek ze względu na pogodę, zamiast pracy wsiedliśmy w ciężarówkę i spod Białegostoku przywieźlismy 2 tony keramzytu do ocieplania. Ale pozostałe dni, kiedy tylko nie padało (no i z przerwą czwartkową) kończyliśmy ocieplanie fundamentów, szalowanie. No i najważniejsze – budujemy ściany basenu!