Cały tydzień w Warszawie, w zasadzie spędzony bez wielkich przygód. Ja pracowałem, Gosia jeżdziła do kliniki. Filipa w domu nie było, bo też w pracy. I tak do czwartku.
W czwartek rano pojechaliśmy na punkcję – Gosia sobie pospała i zebrali z niej 10 komórek. Poszło błyskawicznie i w zasadzie bez większego bólu. W domu byliśmy bardzo wczesnym popołudniem z przykazem czekania na piątkowy telefon, żeby dowiedzieć się kiedy transfer.
I się dowiedzieliśmy i na sobotę rano zgłosiliśmy się na transfer. Z 10 komórek udało się z sukcesem uzyskać 2 zapłodnione – co przez chwilę nas odrobinę zaniepokoiło – ale lekarze rozwiali wątpliwości, materiału wystarczy nam na kolejne próby. Sam transfer? Szybki, chyba bezbolesny i trochę śmieszny kiedy na monitorku pokazują Ci zbiór paru komórek i każą wybierać ładniejsze. I wybraliśmy bardzo ładne. Teraz już tylko czekamy 2 tygodnie na test, żeby dowiedzieć się, czy się udało.
Od czwartku z Filipem już więcej planszówek, w sobotę wieczorem wujki zaprosili nas do knajpy węgierskiej na obiad, a dzisiaj zapakowalismy się do samochodu na szybką przebieżkę po meblach i powrót do domu.
Tu się niewiele zmienilo, zimy nie ma, kot się oduczył chodzenia za Gosią do łazienki, rodzice przy kominku spędzają wieczory.