Ale jakoś się nie czuje, bo temperatury prawie wiosenne. O śniegu nie ma nawet co marzyć. Szkoda, bo w zeszłym roku było bardzo przyjemnie.
Gosia nie wykurowała się dobrze z zeszlego tygodnia i w poniedziałek poszła na kolejne zwolnienie, tym razem do środy. Może tym razem juz wystarczy. Zostałem z nią w domu, żeby towarzystwa dotrzymać – na szczęście z domu, tez mogłem normalnie pracować.
Wczoraj wybraliśmy się do Warszawy odebrać Roberta, który zjechał na Święta i przy okazji zrobić zakupy świąteczne w Makro. Słoneczko świeciło, cieplutko – zupełnie odwrotnie jak dzisiaj – deszcz cały dzień. Rano wybraliśmy się tylko do Ełku po kolejne zakupy, a resztę dnia spędziłem na sortowaniu i wyrzucaniu kabli zza szafy w kuchni. Teraz już tylko zostaje przekopanie podwórka, ale chyba zostawimy to sobie na wigilię :)
Sypią się dzieci w rodzinie i znajomych, w tygodniu przed czasem pojawił się syn u Grzesia (niestety z problemami wcześniaków, więc święta spędzi pewnie w szpitalu), a dzisiaj dostaliśmy wiadomość o nowej, trzeciej już córce u Malin. Mają tempo.