Domowa Pcimcia

Nie wspominałem chyba wcześniej, ale już od dłuższego czasu w szafie w sieni mamy dodatkowego gościa. Po długim czasie mama zaprowadziła Pcimcię do weterynarza i okazało się, że nie jest za dobrze – i to nie tylko ze względu na wiek. Wycięli jej znamiona na skórze, wyrwali sporo zaropiałych zębów. Już jest lepiej, ale dalej ślepa… i mimo teoretycznej możliwości wypuszczenia na zewnątrz, mama ją dalej trzyma w domu, próbujác zaradzić coś na te oczy.

Starania się ciąg dalszy. W środę spędziliśmy prawie godzinę w laboratorium wydając ponad tysiąc złotych. Ale większość badań już załatwiona. A dokładając jeszcze kilka czwartkowych już na NFZ to zostały nam do zrobienia tylko te zależne od poszczególnych dni cyklu. I będziemy mogli umawiać się na kolejną wizytę w Warszawie.

Gosia wczoraj wieczorem miała kolejną imprezę firmową, a skoro byłem w domu to służyłem za szofera. Bardzo grzeczna była, ale co z tego skoro i tak głowa dzisiaj bolała?

A tu i tak trzeba było się do teściów na obiad wybrać. Miał być z okazji urodzin Zuzi (córki najstarszego brata Gosi), ale się okazało, że zrobili dodatkowo i dla mnie. Mocno mnie tym zaskoczyli, szczególnie, że i prezenty dostałem.

W Liskach pogoda piękna, dalej korzystamy z kociłapki na żywienie weekendowe. Niesamowite, bo mamy przecież już połowę listopada. Dalej prace podwórkowe i nie tylko pełną parą. Fitness nam się rozszerzył o bieżnię zażyczoną sobie przez Gosię. Bramofon dalej nie działa – chyba z powodu jakości kabla…