Pamięć zewnętrzna ma focha i nie chce powiedzieć co się działo w tygodniu. Więc tylko weekend.
Jako, że dalej mam przerwę od kontraktu Waszyngtonowego więc korzystam z wolniejszych wieczorów i weekendów.
W piątek wieczorem w odwiedziny na parę dni wpadli Miłosz, Ola, Leon i Forest. Jakoś się zajmują sobą na szczęście, więc nie dostarczają nam dodatkowej roboty. I dobrze, bo i bez tej pracy jest od groma.
Dlatego własnie w sobotę pełni werwy wstaliśmy rano, z zamiarami pociągnięcia trochę prac podwórkowych. Niestety, na zamiarach się skończyło, bo zadzwonił stolarz i trzeba było jechać do Ełku podejmować decyzje co do kuchni… No i jak zwykle się zeszło na tyle długo, że ledwo zdążyłem obiad ugotować i trochę zająć się płotem. A czasu było jeszcze mniej niż zwykle, bo na wieczór wybraliśmy się do Suwałk posłucha i pobujać się przy bluesie z okazji corocznego festiwalu. Razem z Gosią, tatą i panią Elą posłuchaliśmy jednego świetnego i dwóch troszkę gorszych koncertów. Z niedosytem lekkim wróciliśmy, ale zamiarem pojechania tam również nazajutrz.

W niedzielę (jak zresztą i parę poprzednich dni), pogoda zrobiła się znowu letnia. Najbardziej pilne okazały się porzeczki. Już od dłuższego czasu dojrzałe – trzeba je było pozbierać i przerobić. Ja zbierałem jednocześnie porzeczki i słońce. A po zebraniu Gosia ugotowała kompot, a ja przerobiłem resztę na sok porzeczkowy. I to były nasze pierwsze w życiu wspólne przetwory.
Wieczorem znowu się zebraliśmy do samochodu, a że późno skończyliśmy soczek to przycisnąłem trochę tam gdzie nie trzeba. I niestety przyuważyli mnie Panowie policjanci i wlepili mandat na 100 złotych i 4 punkty karne. Mogło być gorzej. Ale koncerty i tak nam to wynagrodziły, bo obydwa były po prostu świetne. Energetyczne i pobujać się można było i pośpiewać. Super. Za rok powtórka.