Ale i tak jest zajebiście. Bo jak inaczej określić to, że się wczoraj wybraliśmy do biblioteki plus na szybkie zakupy, a wyszło tak, że Gosia na ostatnią chwilę załapała się i wróciła z medalem za drugie miejsce w biegu jaćwieskim na półtora kilometra. A tak się zarzekała, że nie w formie i nie będzie biec. Mocno się wysiliła, ale radę dała. Szkoda, że bez pucharu, ale medal i dyplom też śliczne.

Biblioteka to kolejny powód do domu, bo po miesiącach męczenia jednej pozycji Gosia ją zmęczyła i w końcu mogła zmienić. I chyba zraziła się do autorki na tyle, że więcej jej czytać nie będzie.
Teść odwieziony do Białego – w poniedziałek się operował, a w środę sam już wrócił do domu. Dzielny.
We wtorek rano razem z geodetą potwierdziliśmy granice Lisek. No mamy pas szerokości dobrych 6 metrów do dalszego ogrodzenia. Fajnie tak jak więcej terenu się znajduje.
Pod koniec tygodnia dość nieoczekiwanie wyszło nam krótkie spotkanie z Czaplickimi, którzy też przyjechali wykańczać mieszkanie. Krótkie niestety, albowiem tego samego dnia w odwiedziny do Polski zjechał Robert z Londynu i trzeba było go odebrać i zaraz później posiedzieć z nim i resztą rodzinki przy kolejnym grillu. Chlodniejszym tym razem, bo zapowiada się, że w końcu coś u nas popada.
Reszta spraw dość standardowa. Dalej praca normalna i nadgodzinowa, dalej człowiek leń z kolanem tyje.