Już prawie w piątek się pakowałem do powrotu, ale niestety wujek wieczorem miał kryzys i zdecydowałem, że zostanę jeszcze tydzień. Bo niestety, nie jest z nim dobrze, typ guza który ma, jeśli nie zostanie zoperowany daje bardzo niewielkie szanse na wyleczenie. A czy będzie mógł być zoperowany? okaże się dopiero w przyszłym tygodniu.
Na szczęście po piątkowym kryzysie, leki zadziałały i wujek poczuł się znacznie lepiej. Na tyle, że znowu pojawiła się możliwość jego powrotu do domu, do czasu pełnej diagnozy. A ja już na pewno będę do domu wracał w następny weekend.

Sam tydzień mi i mamie minął dość nudno – ot praca, szpital, szpital, praca, koty. Starając się wypełnić zobowiązania i dla Londyna i Waszyngtona. Jakoś na szczęście udaje mi się żonglować na tyle, że w wczoraj korzystając ze słoneczka które nareszcie się pokazało pojechaliśmy na godzinkę nad morze. I pomimo dziwnych spojrzeń Włochów musiałem się oczywiście wykąpać.
A propos domu. Tam Gosia i tata dzielnie dają sobie radę. Gosia, po dłuuugiej przerwie sama jeździ samochodem i narzeka na parkowanie, a w międzyczasie zajmuje się domem i mieszkaniem. Odebrała klucze, załatwia parapety, płot w Liskach, sprzątanie i oporządzanie domostwa i tak dalej. Dumnym i chciałbym pomóc, a tu tylko jakieś niewielkie ewentualnie sugestie mogę dawać.