Tak czekałem na to zdjęcie szwów. No i zdjęli we wtorek. I taka śliczna malutka blizna się zapowiadała… Ale jak w gościach Filip z Magdą oraz Grześ i Miłosz… i się zapowiadała TAKA siata… no to się wybrałem. I wylądowałem w szpitalu z ponownie otwartą raną… I już blizna nie będzie taka ładna, a do tego zafundowałem sobie kolejne 2 tygodnie uważania na stripy… Głupi.
Mieliśmy bardzo ambitne plany na przetwarzanie gałęzi metodą mechaniczną, a nie chemiczną. Kupiliśmy rębak. I popsuliśmy go po 2 minutach – ale to chyba jednak nie nasza całkowita wina, bo pasek nie powinien się tak obracać. A gałęzie jeszcze sobie poczekają.
Już we wtorek zjawili się goście i już od wtorku zaczęliśmy niekończący się ciąg ognisk grillowych, które kontynuowaliśmy aż do soboty. Przerywane jakąś pracą, planszówkami, bilardem i Quizem. Bardzo miły weekend majówkowy.
A już w środę Gosia przebiegła Runmageddon. W ekipie dość niespodziewanej, bo nie z tatą, a z Filipem którego wprowadziliśmy trochę nielegalnie. Poszło im ładnie, żadnych strat (a nawet pewne zyski w postaci siniaków i zakwasów), a my pokibicowaliśmy i umówiliśmy się na przyszły rok.

Dzisiaj niestety sobie nie pospaliśmy, ponieważ na rano odwoziliśmy tatę Gosi do szpitala na naprawę ramienia. No i przy okazji spotkaliśmy się z Anią i popatrzyliśmy na półmaratonistów.