W końcu pracuje się jak na człowieka przystało. Znaczy prawie…, bo już przy normalnym biurku, ale jeszcze nie dobrym fotelu. Ale i tak niebo a ziemia. Komputer się odpalił bez większych problemów, szybki jak szczała (nie mylić z siusianiem pod płotem hłe hłe). Trochę zawiodłem oczekiwania fajerwerkowe Olafa. No cóż :)
W środę poszliśmy poświętować urodziny babci Gosi – zakończone trochę przedwcześnie, ale klient popsuł stronę i trzeba było ratować. Przynajmniej trochę kasiorki wpadło.
A kasiorka przyda się, oj przyda, bo w weekend zrobiliśmy armagedon w łazience i wypruliśmy wannę. Teraz tylko czeka nas zakupienie paru płytek, brodzików, profili, farb i wtedy zamiast wanny – zagości na górze normalny prysznic. Budżet założony Dwa tysiące? Jak się remont skończy to zobaczymy o ile go przekroczymy.
Oprócz rozwalania łazienki to weekend dość aktywny, dokończyliśmy nareszcie stół bilardowy, niebieściutki, a bile się świecą jak… no mocno :) No i dobrze się gra. W czasie kończenia stołu rodzice poszli z piłą w las, prześwietlać choinki. Trzeba chyba będzie zrobić jakieś ognisko z tych wszystkich gałęzi.

Korzystając z niedzieli handlowej wybraliśmy się też do Castoramy, żeby wstępnie przymierzyć się do zakupów łazienkowych. Parę rzeczy nawet kupiliśmy, ale wyboru wielkiego płytkowego nie było, więc będziemy musieli wybrać się gdzieś indziej.
Po powrocie w odwiedziny wpadł Damian, ale nie skorzystałem z towarzystwa, bo tata namówił mnie na odwiedzenie basenu w Olecku, a sam wybrał się na partyjkę squasha z Michałem. Basen i cała hala wielka i pusta. Na całym basenie byłem praktycznie sam. Porównania nawet nie ma do tłoku ełckiego. Może częściej będziemy odwiedzać? Inne aktywności na dość niskim, ale stabilnym poziomie. Gosiowy fitness we wtorki, baseny w czwartki i siatka w piątek. Może wystarczy?