Od paru dobrych lat na Walentynki zawsze gdzieś wychodziliśmy, ale jakoś w tym roku zabrakło czegoś… chyba ochoty. I się skończyło na basenie, kiełbasie z cebulą na kolację i winku przy konsoli. I wcale nie było źle.
W pracy po staremu, ale z wypłaty zostal zakupiony i złożony komputer. Ładny, czarny. Muszę tylko czekać na stolik, żeby go podłączyć. I doczekać się nie mogę, bo plecy bolą trochę w tej niewygodnej do siedzenia pozycji.
U Gosi w pracy też nic nowego. Zaprosili ją na rozmowę do Parku, ale niestety brakuje jej troszkę doświadczenia. Zostaje dalej w Fan Texie i już narzeka, że jej momentami źle.
W sobotę rano nadejszła na nas pora na sprzątanie kościoła. Na szczęście udało się błyskawicznie, a potem po kąpieli wiedliśmy w samochód i pojechaliśmy odwiedzić brata w Warszawie.

Fajny weekend, kolacja na mieście, odwiedziny w Escape Roomie, póżniej spotkanie z Balcerkami i Gąszczakami i nawet parę rundek Ktulu.

A w niedzielę planszówki, póżniej proszony obiadek u oryginalnych Szewczyków Warszawskich i powrót do domu z postojem w Ostrowi.