Matka się obija

W ciągu tygodnia nie działo się nic szczególnego, ot poszedłem sobie do ełckiego McDonaldsa. Sam. Żona mi to teraz będzie wypominać i wypominać.

W weekend nie udało się nam niestety zagrać w bilarda, ale stół jest już niebieściutki i obity. Tylko trzeba łuzy jeszcze dokleić i poskręcać wszystko. No w przyszły weekend już na pewno.

W sobotę wieczorem zawiozłem Gosię do Ełku na spotkanie szkolne po 10 latach. Trochę podpita dość szybko dzwoniła do mnie na powrót. W nocy cały dach “śniegu” zsunął się na podwórko. Tak, że w niedzielę zabrałem się za jego szuflowanie, wywożenie taczkami i oczyszczanie przejazdów. Oj, będę czuł bark.

Stół z Gosią obkładaliśmy tylko we dwoje, bo ociec się nam pochorował. Chrychał, prychał i po zarządzeniu firmowego dnia wolnego poszedł spać.

A matka się obija… Najpierw rano w tygodniu pod prysznicem wywinęła orła takiego, że siniak chyba z miesiąc będzie prezentować. A w sobotę wypieprzyła się na lodzie i tylko topiła smutki w wodzie utlenionej. I ledwo się wieczorem przekładała z boku na bok.