Coraz blizej i blizej, co powoduje koniecznosc podejmowania coraz powazniejszych krokow. I tak w tym tygodniu rozmawialem z Karolina na temat umowy ktora podpiszemy kiedy wyjade do Polski, kupowalem bilety promowe, zalatwialem rejestracje busa i wynajmowalem miejsce parkingowe. I tak to powolutku idzie do przodu. Ale im blizej konca tym i bardziej nam sie nostalgia wlacza – jak to fajnie tak w tym Londynie. Chociaz drogo, chociaz znowu dach przecieka i znowu wlasciciela trzeba bedzie sciagac, to jednak wszelkie te niedogodnosci sa przycmiewane przez ogrom miasta i te taka beztroskosc zycia. A tu wracac trzeba do kredytow, rodziny i doroslosci… Z drugiej strony to i czekamy na to. Ot, czlowiek to jednak glupi i niezdecydowany.
A powrotow to mielismy wiecej niz jededn w tym tygodniu, bo wrocila do nas Wiola (z Piotrkiem) ostatni raz odwiedzic nas przed wyjazdem. Przyjechali w piatek po poludniu i od razu sami zalatwili wszystkie wieksze atrakcje turystyczne, dzieki czemu w sobote moglismy skupic sie na zwiedzaniu pubow. W sobote pochodzilismy chwile po centrum, odwiedzlismy sklep z zabawkami w ktorym chyba wszyscy poczuli cos z dziecka (i odrobinke nienawisci do gownazerii), zjedlismy pyszne jedzonko na Borough Market i pojechalismy do Bermondsey. Spedzilismy w tamtejszych browarach pare dobrych godzin cieszac sie z dachu nad glowa i ciepelka, bo pogoda sie zrobila typowo londynska.
Dzisiaj korzystajac natomiast ze slonceczka obejrzelismy Tower i odstawilismy gosci na Victorie. Po czym wroclismy do domu zasiadajac na kanapach i cieszac sie odpoczynkiem.