Ladny nam przez przypadek lipiec wyszedl pod wzgledem zarobkowym. W firmie dostalismy pierwszy profit sharing – moja czesc wyniosla prawie trzy tysiace funtow. Nie spodziewalem sie az takiej kwoty! Szkoda tylko, ze prawie polowe zezarly podatki… a juz myslalem, ze sobie kupie jakis fajniejszy rower.
Gosia tez pobila rekordy. Po pierwsze w ilosci godzin spedzonych jednego dnia – w srode firma zorganizowala impreze dla klientow, jakies prezentacji i inne duperele. Karolina oczywiscie jako szefowa zostawala do konca, wiec Gosia, pierwszy raz od rana az do polnocy przesiedziala z dziecmi jakies 14 godzin i zaliczyla nocny powrot do domu rowerem. No i sie te godziny przelozyly na rekordowa wyplate prawie dwoch tysiecy funtow. Takze jakos idzie :)
Po dwoch miesiacach calkowitej suszy, upalow i roztapiania sie – w koncu w weekend cos popadalo. No i niestety wyszlo tez pare przeciekow w mieszkaniu. Na scianie jakies zacieki, aczkolwiek tu akurat nie wydaja mi sie zwiazanie z deszczem, a i okno dachowe nam przepuscilo pare kropelek. Wlasciciel juz zawiadomiony, zjawi sie w tygodniu zeby na to spojrzec.
A oprocz tego, w weekend mielismy kolejne spotkanie planszowkowe w skladzie jednak niestandardowym. Jason zapomnial, ze w tym samym terminie ma urodziny brata, wiec zaprosilismy na jego i Chantelle miejsce Stasia z zona. Gralo sie calkiem przyjemnie, ale jednak troszke dziwnie – bo z nami nie pili. Jak sie okazuje, dziwne jest to, kiedy w towarzystwie wszystkich pijacych znajduje sie taki “absynentowy” ktos. A to zazwyczaj ja bylem… Z tego powodu troszke zalowalismy, ze Daniel (ktory byl pierwsza osoba o ktorej pomyslelismy) nie mogl przyjsc.