No i koniec kolejnego etapu Londynskiego. Mial byc etapem ostatnim, no ale coz.
W piatek wieczorem pakowanie wszystkich naszych zakonczone niewielka katastrofa podczas proby oderwania lustra od sciany. Zamiast lustra zaczela sie odrywac sciana. Lustro zostawilismy i teraz mamy cichutka nadzieje, ze nie beda sie czepiac ani lustra, ani widocznej rysy w tynku. A do nowego mieszkania chyba kupimy lustro stojace… Poza tym pudelka popakowane i zajmowaly wieksza czesc ogrodu zimowego. Skad tyle rzeczy?!
Od soboty rano przeprowadzka. Najpierw dojazd samochodem z telewizorem i innymi latwo tlukacymi sie rzeczami, odbior kluczy i szybki powrot do vana. Ambitne plany zmieszczenia sie w jednym kursie nie wypalily – zaladowalismy prawie 2 Volkswageny transportery. Skad tyle rzeczy? Dumny z zony bylem, bo mimo ciezaru wszystkich mebli dzielnie dawala rade – niestety wszystkie 3 osoby o ktore moglibysmy prosic o pomoc nie mogly.
W niedziele rozpakowywanie. Wszystkie szafki w kuchni zajete, a tu dalej kartony stoja. Buty tez dalej w torbach i nijak nie wiadomo skad gdzie je wsadzic. Chyba tylko szansa na wstawienie ubran jest, ale patrzac po ilosci pojemnikow – niewielka. Skad tyle rzeczy?!
Ale mimo wszystko jest super, wybralismy sie na ryneczek (w kazda pierwsza niedziele miesiaca), posluchalismy orkiestry, kupilismy ladny chlebek i ogorki i podziwialismy sliczna wioske jaka jest Kew. Nawet zastanawiamy sie nad kupnem czlonkowstwa w Kew Gardens – jak wiemy juz z wczesniejszych wpisow, jest tam naprawde ladnie. Szkoda tylko, ze kasa dalej idzie, sprzatacze ktorych “zalatwila” Kate sie nie zjawili i okazalo sie ze trzeba za sprzatanie bedzie slono doplacic. Same problemy z nimi, ale naprawde mamy nadzieje, ze to juz koniec…
Teraz sie tylko urzadzic i ostatnie londynskie pol roku przezyc we wzglednym spokoju.