Zima

Podobno jestem przewidywalny i Gosia od poczatku wiedziala jaki bedzie tytul. No, ale jak inny jak to nasza pierwsza (i pewnie ostatnia) prawdziwa Londynska zima. Snieg i mrozy (no… powiedzmy) przez caly tydzien sprawily spore problemy komunikacyjne, ale jednoczesnie uruchomily prawdziwy nastroj zimowy. I troche nostalgii za Polska, kiedy rano w sniegu szlo sie do pracy.
Poniedzialek sie zaczal bardzo leniwie dla mnie. Po niedzielnym rozlozeniu sie uznalem, ze jeden dzien odpoczynku dobrze mi zrobi i spedzilem go w lozku ogladajac seriale i grajac na konsoli. Moglbym byc chory czesciej…
We wtorek juz niestety do pracy musialem isc. Spotkania i popracowa rozmowa kwalifikacyjna z włochem poszla dobrze, ale i tak nie wiadomo, czy gosc zdecyduje sie na prace u nas.
Skoczymy teraz do weekendu. Zaczal sie wczesnie od popoludniowej imprezy Twin Cup. Vicky z bratem blizniakiem i jeszcze jedna para blizniakow co roku organizuja impreze w ktorem razem z zespolami probuja dowiedziec sie kto jest najlepszy. W tym roku mialo to postac tzw. Beer Mile, czyli odwiedzaniem ogromnej ilosci malutkich piwiarni w Bermondsey. Byloby lepiej, gdybym tylko lubil piwo.
Widze jeden calkiem dobry powod dla ktorego wczesne zaczynanie imprez jest dobre. Juz o 9 bylismy z powrotem w domu. Nawet weekendowy McDonald i spanie na kanapie nie przeszkodzilo nam, zeby w niedziele isc grzecznie do kosciola.
A pozniej swietowac. Bo oto, ni stad ni zowad Gosia skonczyla kolejny roczek. Cheesecake, kaczka na obiad, 2 godzinna pogadanka z rodzicami, a na wieczor kieliszek babelkow ktore przyniesli Matt z Katie. Nic specjalnego, mam nadzieje tylko ze jest ok. W przyszlym tygodniu poswietujemy troche bardziej – plany na kino i obiad na miescie. Szkoda tylko, ze wymuszone kolejnym obiadem rodzinnym u nas.