Olympijsko

Tydzien zaczal sie w poniedzialek. Niespodzianka! Gosia dostala dzien wolnego, a Matt znowu bez pracy… Jeszcze 10 miesiecy…
Czwartek byl tlusty. Niestety nie udalo sie nigdzie zakupic paczkow, wiec skonczylo sie na pizzy. No i planszowkach, baly przyjemna partyjka w Cyklady wygrana przez Gosie.
Piatek byl dosc nerwowy. Z samego rana okazalo sie, ze do naszego budynku biurowego bylo wlamanie. Od nas z biura ukradli tylko laptopa Elii, ale pozostale dwa byly jechane rowno. Juz drugi incydent w paru ostatnich miesiacach po kradziezy rowerow. Ciekawe, czy teraz zaloza nam monitoring. Bo do biura Mark kamere juz kupil :D
W pierwsza czesc weekendu nie ruszylismy sie zupelnie nigdzie, oprocz 2 godzinnego czyszczenia roweru. Nalezalo mu sie.
Natomiast druga czesc weekendu juz podwojnie olympijsko. Na dziewiata rano, zameldowalem sie na Copper Box Arenie – londynskiej arenie olympijskiej. Turniej siatki nie poszedl niestety medalowo, ale i nie spodziewalem sie jakichs wiekszych sukcesow. Jednak sama mozliwosc pogrania byla bardzo satysfakcjonujaca.
Do Katie i Matta w zwiazku z trwajacymi 6 Nations w rugby zjawila sie znowu polowa rodziny na jakims lunchu. Ja na siatce i Gosia sama musiala jakos to przecierpiec. Jeszcze 10 miesiecy. Ciekawe tylko, czy jak juz wrocimy do Polski to sie nie zacznie odliczanie do zakonczenia budowy domu. Problem tylko, ze jesli pozniej bedzie cos nie tak, to nie bardzo bedzie do czego odliczac… Chyba do emerytury tylko.