Halloween po raz drugi

Gosiowy tydzien minal pracowicie chociaz nie w pracy. Karolina z Markiem i dzieciakami wybrali sie gdzies na polnoc Anglii na tygodniowe wakacje. Z tej okazji znowu mialem gotowane obiadki codziennie i zupelnie nie narzekalem. Oprocz tego Gosia czas spedzala bardzo aktywnie, sprzatajac, pracujac i cwiczac zeby zrzucic ostatnie kilgramy przed wakacjami (co natychmiast zaprzepascilismy w weekend…)
Spedzala czas dzielac mieszkanie z Mattem, okazalo sie bowiem ze rzucil prace w Gravytrain (firmie w ktorej zaczal pracowal po LogicSpot). Na szczescie duzo czasu nie szukal nowej i juz od pierwszego listopada zaczyna nowa prace. Na razie wiec problemow z platnosciami nie ma.
Wtorej dzielila mieszkanie tez ze mna, bo zrobilem sobie okazyjna prace zdalna korzystajac z tego, ze szefow nie bylo w biurze.

W weekend przyszla pora na halloweenowe imprezowanie. Wieczorem po wypiciu butelki Tii Marii (i czesciowo Baileys) wyladowalismy jak zwykle w Grandzie. Po raz drugi, bo wykorzystalismy stroje z zeszlego roku. Dzieki temu mamy jednak porownanie i wypadamy z zeszlym rokiem znacznie korzystniej, a juz w szczegolnosci Gosia z jej idealnie zgrabnymi nogami.

Niestety, zywieniowo weeken byl porazka. W sobote po przepysznym indyku (to bylo zdrowe), tak strasznie zawiedlismy z silna wola i wyladowalismy z lodami, ciastkami, herbatnikami na wieczor. A po imprezie na kacu z dowiezionym McDonaldem…

Na szczescie udalo nam sie (znaczy mi) odrobinke powalczyc z roznymi rzeczami czekajacymi na dokonczenie. Skonczylem w koncu montowanie filmiku z Rough Runnera i ciagnac serie dorobilem szybki film z wioslowania po Tamizie. Pouczylem sie troche. Ale jednak wieksza czesc dnia zostala spedzona przed tv ogladajac Gold Rusha, Dine with me, Four in a bed, Masterchefa i grajac na tablecie w Fallouta. Straszne.