Gdanszczanie

Jako ze tydzien obfity w wydarzenia wszelakiej masci, tedy nie przedluzajac wstepu.
Gosia zaczela chodzic do biura. Pare godzin tygodniowo, z bardzo niewielka zaplata, ale niech sie wdraza w srodowisko biurowe. I pozostajac przy pracy, w czwartek wybralismy sie na kolacje firmowa z ludzmi z Boodles – strony internetowej ktora stworzylismy. Skonczylo sie jak zwykle na siedzeniu w pubie do polnocy i nawet Gosia dolaczyla na pare drinkow. Drinki zakonczyly sie zakladem z Anna, kto bedzie potrafil wiecej wypic. Nie wiem tylko kiedy zaklad zostanie sprawdzony.

Caly tydzien goscil u nas Milosz i z tej okazji pofolgowalismy sobie troche z jedzeniem odwiedzajac Sushi Cafe w poniedzialek i Bradys na Fish&Chips w piatek. Poza tym wieczorne drinki, jakies planszowki i tym podobne rozrywki.

A skoro juz o rozrywkach, to zamrazarka i kurczak postanowily zapewnic nam jej calkiem sporo. Chcielismy wyjac torebke z kurczakiem, a zostalismy z osmioma kilogramami i rozmrozona zamrazarka. Okazalo sie bowiem, ze nie jest dobrym pomyslem wkladanie torebek ze swiezym kurczakiem na scisk przy sciankach, bowiem maja one tendencje do przymarzania. Kompletnego. No nic tam, alesmy narobili cale kilogrmay jambalayi i pulled chickena i z powrotem do zamrazarki. Teraz jak nam sie nie bedzie chcialo gotowac, to zawsze cos sie znajdzie.

I pozostajac przy rozrywkach, weekend caly uplynal nam pod znakiem Gdanska. Na lotnisku z samego rana pojechalismy z Miloszem i tam rozdzielilismy sie na rozne samoloty. W ramach rewanzu z zeszlorocznej wizyty, tym razem my zjawilismy sie u Wioli i Piotrka. Wizyta udana i zaplanowana w kazdym calu, w sobote Gdynia, klify, molo i dwa Dary (przepiekne!) + domowka i Ewy (siostry Wioli). W niedziele troche kulturalniej Westerplatte i muzeum II Wojny Swiatowej. Szkoda tylko, ze takie wielkie i po 3 godzinach przeglodzenia sie, czlowiek zamiast dalej uczyc sie co sie to kiedys dzialo, myslal tylko o jedzeniu. Zakonczylismy niedziele nieco mniej kulturalniej, Piotrek zmyl sie do rodzinki, a Wiola zabrala nas na objazd po barach i pijalniach Starowki. W poniedzialek ostatni dzien na spokojniej juz molo w Sopocie, obiad i lot powrotny do Londynu. I juz z domku odliczamy kolejne miesiace do powrotu do Polski i nie dajemy sie zwariowac szefom i wspollokatorom.