Sezon na weselicha

Chcialem zaczac od nawiazania do tytulu, ale nijak nie moglem sie zdecydowac jak dalej watek pociagnac – dlatego zaczne jednak grzecznie od wtorku w ktorym Gosia zaczela drugi sezon jogi. Wkrecila sie mocno, bo jak juz wspominalem sama tez juz kupuje ksiazki i ma zamiar cwiczyc (jesli tylko czas bedzie). A i ja sie bardzo z tego powodu ciesze, bo juz od dobrych paru lat ja namawialem ze wgledu na wady postawy ktore joga jednak jakos moze poprawi.

W czwartek zebralismy sie na samolot i dotarlismy do Polski bez najmniejszych problemow. Polecielismy na Mazury, wiec i droga powrotna przyjemna i sie nie dluzyla zbyt mocno. Piatek mialem pracujacy, zeby zbyt duzo dni wolnych nie wykorzystac, a zaraz po pracy polecielismy wszyscy na siatkowke. Razem z Gosia, ktora tez dawala rade, choc okupila to pozniejszymi spuchnietymi przedramionami i kolejnym pieknym siniakiem na kolanie. Dobrze chociaz, ze sukienka weselna byla dluga…

A propos wesela, w koncu nawiazanie do tytulu. Bo wlasnie w sobote od slubu i zabawy u brata Gosi- Roberta z Paulina rozpoczelismy tegoroczny sezon weselny. Sobota minela na przygotowaniach, ubieraniach sie i gonitwie. Gosia ze sliczna fryzura wygladala chyba najlepiej ze wszystkich gosci (i to wliczajac panne mloda ;)). Bawilismy sie mimo zmeczenia do samego konca, bo jako kierowcy rodzicow mlodego musielismy pomoc w sprzataniu po weselu i pakowaniu wszystkiego dobra.

W niedziele natomiast po przespaniu sie wsiedlismy w samochod i pojechalismy do Ostrowi. Dziadek Franek wyladowal na poczatku tygodnia w szpitalu z powodu zapasci i wprowadzony w spiaczke farmakologiczna spi dalej. Mama juz od czwartku byla przy nim, pomagajac cioci i zajmujac sie babcia. Na szczescie srodek dlugiego weekendu spowodowal, ze droga w obie strony byla bardzo znosna.

A po powrocie zaraz zbieramy sie posiedziec z Filipem, Grzesiem i Alicja, ktorzy przyjechali polenic sie u nas w sobote. Pogramy w bilarda, planszowki i pewnie sie czegos napijemy.