Wlasnie zauwazylem, ze zeszlotygodniowy wpis byl setnym w tym dzienniku. Ale sie dzieje…
Z dziania sie to, ze jestemy w Polsce. Niewiele odpoczynku, wiecej wizyt i odwiedzin, ale i tak jest fajnie. Dotarlismy bez problemow, prawdopodobnie dlatego, ze lot byl bez przesiadek. Pelne waliki prezentow i ubran Gosi zostal zapakowane do nowej Kii, pozniej odebralismy Milosza z nowego mieszkania Szewczykow warszawskich i po paru godzinach jazdy trafilismy na stare smiecie.
Kurde! Piszesz tak, jakgdybys swoich rzeczy to nie mial, a przeca tez ich od groma.
Zmienilo sie niewiele, ot nowy kot i nowy samochod. I igrzyska olimpijskie sie zaczely wiec sporo czasu schodzi przed tv.
A przed wyjazdem ktory w koncu byl dopiero w sobote, mielismy tez caly tydzien w Londynie. Mijajacy jak zwykle bez wielkich wydarzen. Gosia miala dzien wolny w srode, ktora przechorowala w jakiejs szybko przechodzace przeziebienie. W firmie zmiany personalne, bo Jason odchodzi. Troche obowiazkow na mnie spadnie, ale zatrudniamy bardzo doswiadczonego Head of Development i mamy nadzieje, ze nas podciagnie troche ogolnie. Zobaczymy co to sie bedzie dzialo