Tydzien zaczal sie od wtorku i zakonczenia drugiego roku pozycia malzenskiego z Gosia. Alez szybko minelo! Na prezent sprawilem jej bransoletke o ktorej mowila juz dluzszy czas. Okazalo sie, ze podobno umawialismy sie na brak prezentow, ale zupelnie tego nie pamietam.
Na uczczenie poszlismy do restauracji na kolacje. Co nazwisko jednak robi, to niesamowita sprawa. Jak tylko z 5 miejsc zobaczyla, ze jedna z nich jest sygnowana imieniem Gordona Ramseya to natychmiast chciala tylko tam. No i posilek byl naprawde smaczny :). Przed wyjsciem wypilismy z chlopakami 2 kieliszki tytulowego bimberku.
Za to pozniej… kiedy wracalismy z kolacji okazalo sie, ze chlopaki wybrali sie do pubu na pare piwek i zaproponowali, zebysmy do nich dolaczyli. W barze wypilismy po G&T i wrocilismy do domu, gdzie dalej zaczelismy pic bimber. Zly to byl pomysl…oj zly. Do lozek polozylismy sie po pierwszej w nocy. Nastepnego dnia zdychali wszyscy, a najbardziej Rich. Biedak ledwo przezyl srode i wszyscy wiedzieli, ze jest z nim cos nie tak.
W piatek mialem wizyte w szpitalu – ot standardowa wizyta kontrolna, chociaz dodatkowo zapisalem sie na badania genetyczne do wykrywania raka. A noz moja krew pomoze?
Poza tym w pracy normalnie. Troche sie dzieje z powodu odejscia Jasona, cala firma przesuwa sie w kierunku metodologii agile ktory blyskawicznie wprowadza nowo zatrudniony Alex. Gosia natomiast spedza cale dnie u Karoliny co jest bardzo dobra wiadomoscia bo zarabia naprawde niezle!
A i jeszcze na dlugi weekend zarezerwowalismy sobie pokoj nad morzem. I pojedziemy tam rowerami. Ale my glupi!