zone moja… bo w sobote zakupilismy jej wlasny rower i od razu na gleboka wode :) W niedziele przejechalismy ze 35 kilometrow. Wycieczka do Richmond, zahaczenie o Richmond Park i powrot do domu nabrzezem rzeki. Fajna wyprawa :)
A wracajac jeszcze do minionego tygodnia to w poniedzialek jeszcze bedac we Wloszech, wujek zabral nas i Donatelle na wycieczke. Odwiedzilismy San Gimignano – typowo wloskie miasteczko turystyczne z dobrymi lodami, ladnymi widokami i zbyt wielka iloscia sklepikow z pamiatkami ;). Pozniej kolejne miasto (nijak nie pamietam nazwy) z przejzdzka kolejka na zameczek na wzgorzu i proba dojrzewajacego boczku z wloskim chutney. Mniam! Tylko Gosia nie sprobowala…

We wtorek z ogromna niechecia sie pozegnalismy i wrocilismy do domu. I pozostaly nam tylko wspomnienia. No moze jeszcze lazania. I sery. I wedliny. No dobra, sporo nam zostalo, mimo samego podrecznego bagazu!
Pozostale 3 dni minely blyskawicznie – na szczescie :)


