Sportowa niedziela

Ależ ciężko sobie przypomnieć co się w ciągu tygodnia działo, a znowu za mało się dzieje, żeby było uzasadnione pisanie dziennika codziennie. I by mi się nie chciało pisać go codziennie.

Wspólnie z kochaną żoną, udało nam się jednak chyba uzupełnić wszystkie białe plamy pamięci!

Więc od początku – Rich wrócił z wojaży połamany (żebro) i chory, ale pracował więc i tak było lepiej. Oprócz tego w końcu dostaliśmy dostawę nowych komputerów, nie muszę już nosić laptopa, a pracuję na szybkim kompie z ssd i mnóstwem ramu. Niebo, a ziemia.

W środę oddaliśmy klucze do mieszkania. Mandana na szybko sprawdziła działanie i czystość wszystkich rzeczy, zaakceptowała i teraz czekamy tylko na zwrot depozytu. Który to zresztą już chyba wydaliśmy, bo w weekend wpadliśmy w prawdziwy szał zakupów.

Pierwszy zakup to nowy telefon dla Gosi. Ten od Anny niestety nie wchodzi w grę, bo okazało się że jest zablokowany… i za mały. Ostatecznie Gosia otrzyma  iPhone’a 6 – czyli będzie miała nowocześniejszy telefon ode mnie :P. Ja natomiast jak zobaczyłem ile kasy wydaję na podróże pociągiem uznałem, że nie ma co czekać na rekonwalescencję Gosi po operacji, tylko wsiądę na rower od razu. No i znalazłem fajną ofertę, w niedzielę spotkałem się ze sprzedającym i od dzisiaj jestem właścicielem roweru. A już od jutra do pracy na rowerze, co niestety oznacza znacznie wcześniejsze pobudki, przynajmniej do czasu dokładnego określenia czasu przejazdu. 7:30 wyjazd do roboty. Mam nadzieję, że uda się to trochę przesunąć w następnych dniach.

A skoro mam już rower, no to musieliśmy wybrać się też na zakupy okołorowerowe, czyli kask, zapięcie, lampki i całą resztę badziewia. Ale i tak te zakupy powinny się zwrócić w przeciągu 2 miesięcy.

Oprócz mojej przejażdżki, mieszkanie wybrało się dzisiaj na biegi poranne. Gosię zamęczyli już po pierwszym kilometrze, która uznała, że więcej już z Richem nie biega. I rano też nie biega. Jeśli już to sama i wieczorem. Matt też wrócił wymęczony, a kiedy wróciłem z rowerem okazało się, że Rich zrobił 20! kilometrów. Gupi jest.

Weekend minął też pod znakiem dobrego jedzenia. W sobotę Gosia przyszykowała nam faszerowane bakłażany w ilościach wojskowych (żeby wystarczyło na lunch w poniedziałek), a w niedzielę Rich podjął się przygotowania prawdziwej angielskiej pieczonej kolacji. I poszły pieczone i gotowane warzywa, sosik, nadzienie i ponad kilogram pieczonego schabu. Pyszne!

12625924_1069526243097386_708930330_n (1)