Sezon weselny

Oficjalnie uznaję za zakończony. 5 zaliczonych wesel (na które Gosia ani razu nie założyła wysokich szpilek…), 5 nieprzespanych nocy (pewnie więcej…), mnóstwo zabawy (lepszej i gorszej). Wolałbym tylko, żeby więcej się to nie powtarzało…

W sobotę bawiliśmy się u Ilony i tym sposobem ostatnia z czwórki przyjaciółek już zamężna. Ale za to pierwsza z dzieckiem. Zabawa przednia, Gosia wytrzymała do końca, muzyka lepsza niż u Grzesia. Zmachałem się niesamowicie, bo Martyna była bez Karola (za pieniędzmi poleciał do Norwegii) więc musiałem obie dziewczyny obracać i starać się żeby się dobrze bawiły.

W ciągu tygodnia zgodnie z planami odwiedziliśmy wielu znajomych, tak że nie przypominam sobie ani jednego wieczoru wolnego. I to mimo tego, że całymi dniami pracowałem. Byliśmy w Białymstoku u Płońskich, Malinowskich (i się okazało, że Monia w 3 miesiącu ciąży!), byliśmy u Nowosielskich, Gąszczaków (tu na krótko niestety). Ciekawe, czy ktoś też jakieś dzienniki prowadzi i pisze, że Szewczyki go odwiedzili?

Wpis poniedziałkowy, bo większość niedzieli w pośpiechu i ruchu. Zeszło się trochę zanim wróciliśmy z poprawin, więc później szybkie pakowanie, wyjazd z przystankiem na tatara w Ostrowi (to z okazji imienin dziadka :P) i podróż do Londynu. W domu byliśmy przed 3 rano, więc rano udałem lekkie przeziębienie i pracowałem z domu co dało mi bezcenne pół godziny snu więcej. Gosia też zadowolona, bo poniedziałek wolny i tylko wieczorem musiała udać się na lekcje angielskiego.

A kolejny przyjazd do Polski znowu niedługo, bo już na święta. Muszę tylko urlop w biurze załatwić. Bilety są, a urlopu nie ma.

Od jutra już standardowa praca (ale za to za jaką kasę!), ja na 9 już w biurze, Gosia od 9:45 z dziećmi. A w weekend prawdopodobnie spotkanie z Popowskimi  (znaczy Ewą Jasińską z mężem, których wesele niestety opuściliśmy) – przyjeżdżają do Londynu do rodziny pozwiedzać.

I jeszcze dla zapisu, żeby nie było – ja Kamil oświadczam że doceniam i kocham swoją żonę.