No i wróciliśmy na stare śmiecie, bo od dzisiejszego poniedziałkowego popołudnia jesteśmy znowu w Londynie.
W ciągu tygodni roztapialiśmy się w temperaturach iście afrykańskich +35 stopni. I pomyśleć, że jeszcze tydzień wcześniej marźliśmy na żaglach.
W środę znowu wybraliśmy się do Białegostoku, żeby odwiedzić Justynę i Michała. Ostatecznie siedzieliśmy w 6, bo byli jeszcze Martyna z Karolem. Ale nie siedzieliśmy bardzo długo, bo w czwartek ja z Michałem do roboty.
W piątek zorganizowaliśmy ostatniego letniego grilla liskowego, z angielskimi burgerami. Okazało się tylko, że mięso polskie jest zbyt chude i nie wyszły tak idealne. Grill bardzo kameralny, bo byli tylko młodzi Czapliccy. Mieli być jeszze Malinowskie, ale coś im wypadło ze żniwami. A Gosia się z Martyną pobeczały na pożegnanie, a tak je chwaliliśmy jak wyjeżdżaliśmy pierwszy raz, że takie twarde baby mamy.
W ciągu tygodnia Gosia aktywnie uczestniczyła w przerabianiu ton ogórków własnych i teściowych na krokodylki, kiszone, konserwowe i michy mizerii na obiady. A już teraz mama się żali, że nie mam jej kto pomagać w przygotowywaniu pensjonatu na przyjęcia nowych gości.
W sobotę wesele Emili w tej samej aurze pogodowej spowodowało, że zabawa była minimalnie bardziej uciążliwa niż zwykle. Ale i tak dawała radę! A przy okazji odwiedziłem też pana Rysia, który po paru puknięciach młotkiem zmniejszył mi obrączkę tak, że teraz nie boję się, że spadnie mi przy mocniejszych wymachach dłonią.
I już w niedzielę wyjazd z krótkim przystankiem w Ostrowi, żeby chociaż na chwilę dziadków i wujostwo zobaczyć, i dłuższym nocnym przystankiem w Warszawie, żeby Ewę zobaczyć. Z Ewą pogadaliśmy, powspominaliśmy i rankiem pożegnaliśmy – tym razem na króciutko, bo razem się będziemy bawić na weselu Grzesia we wrześniu.
A ja jestem potworem, bo w takiego mnie zmieniła Gosia. Posmarowała mnie jakimś szarym świnstwem i nawet boję się w lustro spojrzeć…
