Święta, święta…

Oj dużo się działo przez tydzień. Zachowując porządek czasowy to w poniedziałek mieliśmy spotkanie firmowe podsumowujące cały rok z którego urwałem się wcześniej, żeby pomagać Gosi robić żarełko na Wigilię. We wtorek pracowaliśmy już bez szefostwa, bo Mark z Karoliną wyjechali do rodziny na święta. Do tego pół dnia bez internetu sprawiło, że praca nie była zbyt ciężka. Po pracy kolejne przygotowywanie jedzenia. Środowa Wigilia była moim pierwszym dniem urlopu, jedzenie, wyprawa do przeciskarkę do warzyw zakończona niepowodzeniem, jeszcze więcej przygotowywania jedzenia i nakarmienie kotów.
Wigilia była jednak pełnym sukcesem – pierogi w wersji XXL (takie wielkie, że człowiek dwa zje i już ma dość)  i zupa grzybowa. Nawet w końcu zobaczyłem Gosię w sukience, co ekstrapolując da wynik 5 założeń sukienki w przyszłym roku (4 wesela + kolejne święta). Nawet na Pasterkę założyła szpilki, też pierwszy raz od pobytu naszego! A propos Pasterki – wybraliśmy się autobusem na Ealing Broadway na mszę o północy i o ile z dojazdem nie było problemu… to z powrotem był. Po 20-minutowym wyczekiwaniu na busa, okazało się bowiem, że nasz autobus w pierwszy dzień świąt nie jeździ, tak więc załapaliśmy się na ostatni autobus bliżej domu, a do celu dotarliśmy już taksówką… to była chyba najdroższa pasterka na jakiej byłem.

nasza pierwsza małżeńska choinka
Z racji nieistniejącej komunikacji miejskiej musieliśmy też wybrać się spacerem do Twickenham nakarmić zwierzyniec co zaowocowało kolejną przygodą z Tamizą. Tym razem podczas powrotu zabawiliśmy chwilę obserwując jak podnosi się poziom rzeki i po chwili zauważyliśmy, że mamy już odciętą drogę z obu stron. Na szczęście udało nam się przedrzeć poza teren przypływu – polem.

Wieczorem zaś spadła na nas niespodziewana nowina… będziemy wujkiem i ciocią, bo Ilonka w ciąży… :) Ehhh, zaczyna się :P już zamiast na imprezki to na herbatkę i pogaduszki o dzieciach będziemy się spotykać.

A już drugiego dnia świąt (powiedzmy) dotarła do nas rodzinka sztuk trzech w osobach czcigodnego ojca, czcigodnej matki i mało czcigodnego brata. Dotarła z opóźnieniem 3 godzin – najpierw spóźnił im się samolot, później się okazało, że nawet jakby się nie spóźnił to i tak na pociąg by nie zdążyli, bo pociągu nie było. Skoro pociągu nie było to autobusy były przepełnione i stali 2 godziny, żeby się do niego dostać. Na szczęście taksówka zabrała ich błyskawicznie i bez problemu dotarli do nas wymęczeni i po brzegi zapakowani jedzeniem.
I teraz zwiedzamy, obejrzeliśmy już centrum handlowe, kościół i przeszliśmy się na górkę z której mamy nadzieję oglądać fajerwerki na nowy rok.
W przyszłym tygodniu (i roku) natomiast mam ciągle wolne, mamy zamiar pozwiedzać trochę centrum, napić się piwa w prawdziwnym angielskim barze i zjeść te wszystkie pierogi które mamy (chyba nam bokiem one wyjdą!)

11130930_917983154919820_1044604170_o11122281_917982308253238_1949579902_o

 

 

Comments

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *