Welcome to London

No to jesteśmy w Londynie. Zgodnie z planem w czwartek (04.09.14) po locie klasą biznesową British Airways wylądowaliśmy na lotnisku Heathrow, gdzie po krótkim oczekiwaniu odebrał nas Mark i zawiózł do domu.

Gosia ciągle sprawia wrażenie lekko wystraszonej, najbardziej chyba barierą językową. Sporo rozumie, ale boi się mówić – obawia się, że strzeli jakąś gafę (bo jak tu się nie obawiać kiedy, słowo “with” i “witch” takie podobne, nie wspominając o wymowie wielu innych wyrazów tutejszych, a i mój szkolny język w porównaniu do rzeczywistości nijak się ima) . Na szczęście Mark nie mówi po polsku i zmusza ją, żeby choć trochę się odzywała.

3 dni od piątku do niedzieli minęły na zwiedzaniu, intensywnych poszukiwaniach mieszkania i próbach załatwiania jak największej ilości rzeczy przed moim rozpoczęciem pracy w poniedziałek. Niewiele jednak udało się osiągnąć, ot mamy angielskie numery telefonów z których niewiele korzystamy, bo Gosi się nie chce (nie, że nie chce, lecz to, że mąż mój okupuje żony swej telefon, mając tym samym możliwość odbierania połączeń zarówno na polskim numerze jak i angielskim, co wyraża w dalszych swych wywodach), a ja wcześniej podałem polski numer we wszystkich agencjach nieruchomości więc muszę go mieć włączonego na wszelki wypadek…

Konta nie udało się założyć, bo potrzebny jest dowód adresu – spróbujemy załatwić coś od Marka i Karoliny, bo konto jest potrzebne do wynajmu. Błędne koło angielskich formalności. Mieszkania też na razie nie znaleźliśmy, w piątek oglądaliśmy dwa, w sobotę jedno i żadne nie było tym czego szukaliśmy.

Ceny dość wysokie, wyliczyłem sobie że za dojazdy codziennie będę wydawał prawie 4.5 funta, co miesięcznie daje kwotę prawie 90 funtów (czyli 450 złotych). Jedzenie też dość drogie, ale na szczęście tylko w przeliczeniu na złotówki. Mamy zresztą nadzieję, że po przeprowadzeniu się do mieszkania trochę taniej wyjdzie nam zaopatrywanie się w surowe produkty i gotowanie, niż kupowanie gotowych dań.

W poniedziałek pierwszy dzień pracy, mam nadzieję że będę rozumiał co mówią do mnie współpracownicy. Na szczęście miałem okazję poznać ich już w lipcu, więc teraz to tylko powrót – a nie rzut od razu na głęboką wodę.

Odmeldowuję się, kolejne wpisy co tydzień (mniej więcej).

zwiedzamy

Comments

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *